„Chciałbym osiągnąć wszystko sam i sobie to zawdzięczać”

 

Bartek pochodzi z Żarowej, ma 24 lata, męski, niski głos i dużo skromności w sobie. Mimo młodego wieku, z muzyką jest związany od wielu lat. Jako 12-latek zagrał swój pierwszy koncert, ma też za sobą debiutancką płytę. Naprawdę głośno w naszym lokalnym i nie tylko środowisku zrobiło się o Bartku, kiedy wygrał odcinek „Szansy na Sukces” i walczył w finale programu o możliwość wystąpienia w opolskich „Debiutach”.

 

O muzycznych początkach, perkusji z wiaderek, życiu i jego kolorach oraz planach na przyszłość z Bartkiem Kuflem Matłoszem rozmawiała Aneta Kozioł.

 

Aneta Kozioł: Można powiedzieć, że Bartek Kufel Matłosz zaistniał mocniej w sieci i szerszej świadomości w roku 2020.  Wtedy nagrałeś pierwszą płytę pt. „Debiut”, a krążek otrzymał nagrodę Jury w plebiscycie Werbel 2020, organizowanym przez Polskie Radio Rzeszów.Był to jakiś przełom w twojej karierze muzycznej?

Bartek Matłosz: Przełom to może nie był, ale miło było zdobyć nagrodę za najlepszą na podkarpaciu płytę. Nagrodę przyznali mi dziennikarze muzyczni Polskiego Radia Rzeszów.

 

Jaka była twoja muzyczna historia przed 2020 rokiem? Na jakim etapie swojego życia powiedziałeś sobie: będę śpiewał i będę sławny? A może od dziecka miałeś już taki pomysł na swoje życie?

Ogólnie nigdy nie miałem pomysłu na siebie. W sumie teraz można powiedzieć, że mam, to przyszło z wiekiem. Zaczęło się to wszystko przed komunią na pewno. Chłopaki z zespołu Steel Velvet mieli próby niedaleko mojego domu i ja przychodziłem pod ich okno i słuchałem jak grali – podobało mi się to i stwierdziłem, że też chcę być muzykiem. Zrobiłem sobie perkusję z wiaderek i tak zacząłem stukać. Potem ojciec kupił mi prawdziwą perkusję, kolejną dostałem i zacząłem grać. Potem wzięli mnie do swojego zespołu chłopaki, którzy mieli po dwadzieścia kilka lat. Wysłali mi covery, które mieliśmy grać i ćwiczyłem sobie. W wieku 12 lat zagrałem pierwszy koncert tutaj w Strzyżowie. Później zacząłem koncertować na dwie kapele. W wieku 13-14 lat grałem właściwie co weekend i w tym wieku zacząłem zarabiać już swoje pieniądze. To się na przestrzeni czasu wszystko zmieniało, zespół się rozpadł, koledzy poszli w swoją stronę, a ja zostałem w muzyce. Zacząłem sobie komponować piosenki, nagrywać… Dopiero teraz myślę o tym poważnie.

 

Na jednych ze stron przeczytałam, że nagrałeś prawie wszystkie instrumenty do swoich kompozycji na płytę - to imponujące! Nie masz chyba profesjonalnego wykształcenia muzycznego?

Jestem samoukiem. Nie chodziłem nigdy do żadnej szkoły muzycznej, nikt mnie też nie uczył. Wziąłem sobie po prostu gitarę i zacząłem grać. Tak samo było z perkusją. Na moją płytę bębny, basy i gitary, wokale i tzw. „przeszkadzajki” nagrywam sam. Natomiast instrumenty typu harmonijka, skrzypce ktoś mi dogrywa. Przyznam się, że do tej pory nie znam nut. Do niedawna nie wiedziałem jak się nazywają akordy na gitarze (śmiech).

 

Jestem ciekawa jak wygląda proces twórczy: co cię inspiruje, czy piszesz wszystkie swoje teksty i muzykę, a może ktoś cię w tym wspiera?

Wszystko komponuję sam na gitarze. Zależy mi na dobrych refrenach i jak zaczynam pisać kawałki, to zaczynam od refrenu - jakieś akordy sobie wymyślę, do tego piszę tekst, a następnie zwrotki, potem w głowie sobie wyobrażam, co gdzie. Potem jadę do studia i… w sumie nie wiem jak to nagrywam (śmiech)!

 

Nie wiem jak to nagrywam i jest płyta!

Tak było w przypadku pierwszej płyty, wszystko miałem w głowie, poszedłem na żywioł. Teraz bardziej profesjonalnie podszedłem do sprawy. Nagrywam obecnie także z Dominkiem drugą płytę (Dominik Cynar, Dirty Sound Records, muzyk w zespołach Steel Velvet, Yellow Horse - przyp. red.). Mówię otwarcie, że nie jest to moja płyta, tylko moja i Dominika, bo razem aranżowaliśmy wszystkie 14 utworów, które znajdą się na płycie, dużo czasu nad tym spędziliśmy. Dominik, mogę powiedzieć, jest moim przyjacielem. W sierpniu planujemy premierę płyty. 

 

Jest już nazwa?

Planuję ją nazwać „Dezyderata” – dezyderata to poemat, zawierający wskazówki na temat dobrego życia. Pomyślałem sobie, że ta płyta to będzie moja dezyderata.

 

Wydanie płyty to spory wydatek. Ty masz jedną wydaną, drugą w przygotowaniu. Skąd wziąłeś środki na to kosztowne przedsięwzięcie?

Pierwszą płytę wydałem w całości z własnych oszczędności. Wcześniej byłem chwilę w Anglii, gdzie pojechałem na tydzień, a udało się złapać pracę i zostałem kilka miesięcy właśnie po to, aby zarobić na wydanie płyty. W tamtym roku byłem w Holandii i mam odłożone pieniądze na wydanie nowej. Poznałem też znajomych, którzy mi pomogą. Teraz też pracuję, więc jestem bardziej niezależny finansowo.

 

Gdzie jest dostępna twoja muzyka?

Jestem na różnych platformach w Internecie. Stara płyta jest dostępna np. na Spotify. Fizyczne egzemplarze dystrybuowałem sam, ale obecnie nie mam już ani jednego. Nowa płyta ma być dostępna m.in. w Empiku.

 

Chciałbym znów być dzieckiem… Zostało tylko cieszyć się dniem”... „Pewnego dnia zasiał Bóg i dał życie każdemu z nas”… Mimo młodego wieku Twoje teksty są bardzo dojrzałe i noszą w sobie znamię sporego bagażu doświadczeń.

Inspiruje mnie życie. Staram się pisać o tym, co przeżywam. A w życiu jest różnie – raz jest dobrze, raz źle. Mam i wesołe i smutne kawałki. Staram się pisać prosto, ale tak żeby to miało sens. Szczerze mówiąc mam zawsze problemy z drugimi zwrotkami, żeby je napisać, dlatego nie mam chyba dłuższych utworów niż dwie zwrotki (śmiech). Wolę pisać krótkie utwory także dlatego, że lepiej to puścić w radio.

 

Czy pseudonim Kufel przyjąłeś ku czci złotego "napoju bogów", czy to była jakaś głębsza inspiracja?

To było dawno temu, byłem wtedy bardzo młody, miałem pewnie 14 lat. Grając już w różnych zespołach pomyślałem, że nie mam „ksywy”. To Kinga, z którą się wtedy przyjaźniłem i często ją odwiedzałem w domu i miałem tam swój ulubiony kufel, z którego piłem, zażartowała właśnie: „Kufel!”. I tak się to zaczęło, tak się jakiś czas przedstawiałem i to do mnie przylgnęło. Nawet w „Szansie na Sukces” tak mnie tytułowali.

 

Skoro jesteśmy już przy tym temacie – powiedz jak zrodził się pomysł na udział w kultowym, acz mało rock’n’rollowym programie „Szansa na Sukces”, który jednak na pewno pozwolił pokazać twój talent szerszej publiczności?

Któregoś wieczoru zobaczyłem jakąś zajawkę na Facebook’u. Przypominała mi się też wtedy moja świętej pamięci babcia, która lubiła oglądać ten program. Wysłałem maila do redakcji – opisałem siebie, ile mam lat, wysłałem im też kilka moich kawałków. Odezwali się do mnie po miesiącu, czy dwóch, że zakwalifikowałem się do programu. 

 

Czy udział w „Szansie”, poza możliwością zdobycia nowych doświadczeń i zaprezentowania się na szklanym ekranie, otworzył przed tobą jakieś nowe możliwości i propozycje?

Dostałem propozycję podpisania umowy z TVP, gdzie mógłbym występować na różnych koncertach, ale na razie ten temat utknął. Bardzo ważne są kontakty z muzykami, m.in. z panią Anią Jurksztowicz, z którą mam się kontaktować, kiedy nagram swoją drugą płytę; być może pomoże mi w promocji. Również zespół Lombard z panem Grześkiem - może uda się nawiązać z nimi jakiś kontakt i coś wspólnie zrealizować.

 

Zapewne zyskałeś po tym niewątpliwym sukcesie także więcej wiary i pewności siebie…

Pewności siebie nabrałem przed programem, kiedy straciłem dziewczynę i wtedy chyba właśnie nabrałem większej wiary w siebie. Czułem się samotny, ale zacząłem sobie wmawiać, że jestem wartościowy, że jestem królem świata (śmiech) i to mi pomaga. Przeżywałem trochę rozterek i te moje przemyślenia znalazły się także na mojej nowej płycie. 

 

Myślę, że brak dziewczyny to dobra wiadomość dla wielu młodych mieszkanek naszych okolic…

Teraz jestem sam, ale nie szukam nikogo. Na razie nie czuję, że mógłbym się w kimś zakochać. Chcę skupić się na graniu, pisaniu tekstów, rozwijaniu się muzycznie. Wiem jednak, że mogę to zaprzepaścić piciem alkoholu. Od kiedy zacząłem grać w zespołach, czyli od 12 roku życia, zacząłem też pić. Wiem, że jak nie będę myślał trzeźwo, to może mi się nie udać zrealizować moich planów w muzyce. Wiem też, że przyjdzie taki dzień, że powiem sobie, że już więcej nie będę pił i tak będzie.

 

Twoja muzyka to rock z pogranicza popu i reggae. Myślisz, że jest obecnie miejsce na rynku muzycznym na tego typu muzykę, gdy na playlistach króluje Mr. Polska i „Złote Tarasy”?

Wiem, że piosenki z prostymi tekstami i muzyką bardziej się sprzedają, ale ja robię muzykę taką, jaką lubię. Nie będę się zmieniał dlatego, żeby wszystkim się podobało. Miałem też w swoim wykonaniu bity bardziej popowe i hip-hopowe, ale to raczej dla żartu. Wrzuciłem też raz coś bardziej rapowego i nawet było tym zainteresowanie - pytali się mnie w radiu czy będę coś takiego tworzył. Ale nie – chcę tworzyć taką muzykę, jaką aktualnie wydaję na nowej płycie. Chciałbym w ogóle mieć zespół dwuosobowy na gitarach akustycznych, żeby grać na koncertach. Koncerty wtedy wyglądają inaczej. Mam też propozycję od kolegów, że będą dla mnie grać na koncertach na żywo. Teraz gram z podkładów i to mi się nie podoba.

 

To, że pochodzisz z małej wsi Żarnowa położonej pod małym Strzyżowem raczej nie pomaga w robieniu kariery muzycznej, czy nie ma to znaczenia?

Moim zdaniem nie ma to znaczenia. Tym bardziej kiedyś miałbym satysfakcję, gdybym się wybił na całą Polskę. Właśnie fajne byłoby to, że jestem z małej wioski. Trzeba wierzyć w siebie, trzeba być ambitnym i trochę szalonym. Wiem, że będę musiał w tym celu pewnie zrobić kilka rzeczy, które nie będą mi się do końca podobały, ale nic na siłę. Na pewno do końca chciałbym zostać sobą.

 

Sobą, czyli… jaki jesteś prywatnie?

Jestem szalony, na pewno szczery i wrażliwy, czasem płaczę… Lubię poznawać nowych ludzi, spotykać się z nimi. Lubię się uczyć nowych rzeczy. Lubię też wykończeniówkę, przy której aktualnie pracuję z bratem. Podoba mi się hydraulika, chciałbym być dobrym hydraulikiem, chciałbym też zrobić papiery barberskie, mieć swój salon. Bardzo lubię coś robić, nie lubię bezczynności.

 

Patrzę na twoją rękę i myślę, że lubisz także bardzo tatuaże. Co przedstawiają?

Robię taki życiorys na swoim ciele. To jest Michał Anioł, który zwalcza zło. To jest moje, a jednocześnie mojej babci oko. Tu jest lew, czyli mój znak zodiaku, 4 asy, czyli ja i moi bracia. Tu ja gram na gitarze, potem zegar symbolizujący czas, który szybko płynie. Wszystkie tatuaże to mój pomysł. Teraz planuję kolejny na drugiej ręce – Jezusa z gołębiem.

 

Wiara odgrywa dużą rolę w Twoim życiu?

Nie chodzę co niedzielę do kościoła, chociaż lubię być w kościele. Wierzę w Boga, Jezusa, modlę się też codziennie rano i wieczorem. Ostatnio często się zastanawiam, jaki był początek tego wszystkiego – jak powstało życie, planety, ludzie…

 

Gdzie będzie można usłyszeć Cię w najbliższym czasie?

Jutro (5.06 – przyp. red.) gram w zastępstwie koncert z Yellow Horse. W najbliższym czasie mam zaplanowane trzy koncerty w Ustrzykach Dolnych, w Wiśniowej. Nie pamiętam dokładnie, wszystko zapisuję w kalendarzu. Przyznam, że trochę już nie ogarniam, więc myślę, żeby mieć menagera.

 

Na koniec powiedz mi jeszcze co na dzień dzisiejszy jest dla Ciebie największym sukcesem, a co planem maksimum do zrealizowania?

Sukcesem - na razie nic. Są takie małe osiągnięcia, choćby to, że w konfrontacjach muzycznych byłem wyróżniony, później nagroda „Werbel”. Teraz skupiam się na tym, aby dokończyć płytę. Właśnie kręcimy teledysk do numeru, który ją promuje. Chciałbym grać dużo koncertów i żeby mieć dla kogo grać. Moim największym marzeniem i celem do zrealizowania jest to, żeby moja muzyka leciała w całej Polsce. Chciałbym osiągnąć wszystko sam i sobie to zawdzięczać.

 

Życzę Ci więc spełnienia wszystkich życiowych i muzycznych marzeń oraz planów i dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

 

 

fot. Gabriel Gąsior

liczba wyświetleń: 542 dodano: 2022-06-13